wtorek, 3 lipca 2018

Ogłoszenie z gatunku autoreklama (można zignorować)

Pamiętacie tę analizę/to paskudztwo, którą/e popełniłam z koleżanką? Otóż, otrzymałyśmy od Szyszki kilka porad, poszatkowałyśmy paskudztwo na części i przeniosłyśmy na innego bloga, żeby się wygodniej czytało.
Adres to: https://paskudztwazmoczarow.blogspot.com/. Wchodźcie, komentujcie, hejtujcie, generalnie róbta co chceta. I możecie nam podsyłać linki do łobrzydlistw literackich. Tylko nie terroryzujcie komentarzami w stylu "Kiedy kolejna notka". Jak będzie, to będzie, my mamy swoje tempo.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Śmiać się czy płakać?

Kiedyś, (trzy) lata temu napisałam fanfiction o Strażnikach Marzeń pt. "Wierzę w Ciebie" (dodaję link, ale ostrzegam, to jest niezły shit). W międzyczasie zdałam maturę, poszłam na filmoznawstwo i jeszcze mnie z tego kierunku nie wyrzucili. Kilka miesięcy temu, moja skrzynka pocztowa sprzężona z kontem na Wattpad dała mi cynk, że ktoś rzuca gwiazdkami. Patrzę. Faktycznie. Jakaś dzielna użytkowniczka wytrwale brnęła przez mój "tfur" i przy każdym rozdziale dawała gwiazdkę. Pomyślałam sobie: czyli ktoś to ciągle czyta. Spoko. Jak lubią, to niech czytają.
Tylko, że niedawno przeczytałam cudowną notkę pt. "Najbardziej Przypałowe Guilty Pleasures". Wpierw się śmiałam, bo nagle poczułam się lepiej z samą sobą i świadomością, że jednak są normalni ludzie w internetach. A potem skrzynka pocztowa znów dała mi cynk, że kolejna użytkowniczka Wattpada brnie i daje gwiazdki. I śmiać się przestałam.
Siedzę, patrzę jak ta dziewczyna nabija mi gwiazdki w rozdziałach i myślę sobie, że powinni mnie wpisać na listę przypałowych Guilty Pleasures. Bo innego wytłumaczenia, dlaczego ktoś miałby czytać ten babol fanowski, nie mam.

czwartek, 28 czerwca 2018

Groza literacka ("Poczekajka"- Katarzyna Michalak)

UWAGA! Rzeczony wpis zawiera słowa powszechnie uważane za wulgarne, oraz opisy scen znęcania się nad zwierzętami i skrajnego masochizmu. Czujcie się ostrzeżeni.

O istnieniu autorKasi dowiedziałam się przez przypadek, eksplorując stare wpisy na blogu Kasi Babis (znanej także jako Kiciputek; adres umieściłam w zakładkach). Pani Babis opisała pewną nieprzyjemną historię związaną z pogwałceniem praw autorskich w jaką wplątała się autorKasia.
Nie zamierzam grać świętej; sama mam konto na DeviantArt (ba, na Tumblerze też!) i czasem to co mi się spodoba zapiszę na twardym dysku mojego komputera. Ale wyłącznie jako inspirację. Nie publikuję tego, nie wmawiam nikomu, że to moje. Jeśli już, staram się dodawać linki. Przyznaję, zdarzało się (więcej niż raz), że linka nie dałam.
Ale to co "odstawiła" pani autorKasia to po prostu nie mieści się w głowie. Ja jestem, kurwa, blogerką i grafomanką, która pisze co jej ślina na język przyniesie pod pseudonimem. Nikt mi za to nie płaci, nic na tym blogu nie zarabiam, nic nie wydaję na papierze. Ale pani Michalak jest osobą publiczną, wydawaną przez Znak i Wydawnictwo Literackie (jak do tego doszło? Nie mam pojęcia. Królowa Matka podejrzewa, że to jakiś eksperyment, możliwe, że międzynarodowy). Powinna sobie zdawać sprawę, że jej grożą za to o wiele większe konsekwencje niż całej rzeszy domorosłych pisarek, które publikują w internecie anonimowo.
No, ale wracając do tematu. Krążąc po sieci natrafiłam na różne analizatornie, które dowiodły jasno: książki autorKasi to ZŁOOOO... A mój mózg nadal nie wierzył. Nie mógł pojąć, że coś tak kiepskiego pojawiło się na półkach i top liście Empiku. I nie zadowalały go fragmenty rozdziałów, on pożądał całości. W końcu uległam i położyłam łapy na pierwszej lepszej pozycji. Na "Poczekajce".
Królowa Matka napisała świetną recenzję (część 1, 2 i 3) więc pozwolę sobie tylko dorzucić swoje trzy grosze.
Główna hmm, bohaterka tegoż "dzieła" ma na imię Patrycja i jest lekarzem weterynarii. I w godzinach pracy oddaje się czytaniu periodyku "Wiedźma Polska" (coś we mnie umarło jak to przeczytałam). Pewnego razu wybiera się na sabat i tam ma wizję żółtego domku (rudery), w której ma spotkać swojego księcia z bajki. Dorosła kobieta wierzy w książęta w lśniącej zbroi. Musiałam się poddusić poduszką, bo tylko pozbawiony tlenu mój mózg zgodził się łaskawie przetworzyć ten fakt. Tak postrzelona to nawet ja nie jestem, no sorry.
Ruderę Patrysia znajduje metodą wahadełkową i od razu postanawia się tam wprowadzić i poczekać na księcia. Tymczasem jej mamusia, zimna sukowata pani mecenas w TK, postanawia podstępem ściągnąć ją z powrotem do Warszawy (twierdzi przy tym, że jej córka jest "nieprzystosowana". W czymś się zgadzamy.) i w tym celu zatrudnia Łukasza, żeby Patrycję uwiódł i złamał jej serce. I tu plan pani mecenas i Łukaszka idzie w łeb, bo na horyzoncie pojawia się piękny Holenderrrrr, pisarz, hodowca koni i właściciel wiatraka. I nie potrzeba Sherlocka Holmesa żeby zgadnąć w kim się Patrysia zakocha.
Pomijając fakt, że książka jest nudna jak flaki z olejem, a główna postać kobieca jest chyba po zabiegu lobotomii, to sposób w jaki autorka (ponoć po weterynarii) opisała jak Patrycja leczy zwierzęta budzi grozę. Serio, aktywiści wspierający prawa zwierząt i profesjonalni weterynarze powinni chociaż zorganizować jakiś protest pod domem Michalak. Na kartach powieści "Pani Doktor" posłała na tamten świat najcenniejsze gatunki jakimi dysponowało zatrudniające ją zoo. Tekst "Ten biały wąż... to był ginący gatunek. [...] Ale pani była cenniejsza" był tak od czapy i tak obrażał inteligencję czytelnika, że zwykłe podduszanie jaśkiem nie wystarczyło i musiałam zaaplikować sobie zimne bicze wodne (słyszałam, że według pani Michalak to świetna metoda na uspokojenie kogoś agresywnego).
Droga AutorKasiu, gdybym była dyrektorem zoo i trafiła by mi się taka Patrycja Anaela, skończyło by się pozwem. Pozwałabym tę kretynkę za znęcanie się nad powierzonymi jej zwierzętami.
Okej, gdy natrafiłam na fragment, w którym wspomniano "Zagubionych" trochę się uśmiechnęłam (potem się dowiedziałam, że wyglądałam jak ludzie występujący w teledysku "Black Hole Sun" zespołu Soundgarden, ale to detal). Otóż w tej scenie Patrysia postawiła diagnozę (po swojemu, a jakże), że chory lemur musi dostawać zastrzyk dziennie aż mu choroba przejdzie. Jej pomocnik krzywi się straszliwie, a herołina stwierdza, że owszem, brzmi gorzej niż odcinek "Zagubionych", ale trzeba to zrobić. Pozwolę sobie to stwierdzenie rozszerzyć: "Cała ta ciepła historia o uczuciach, z gwałtem, próbą gwałtu i wyjątkową głupotą głównej bohaterki, brzmi gorzej niż dowolny odcinek piątego sezonu Zagubionych". (piąty sezon wydawał mi się najbardziej wydumany i niepotrzebnie skomplikowany. Potem już machnęłam ręką i szósty sezon oglądałam na zasadzie "A kij z tym, niech się dzieje co chce". Ale serio, cały piąty sezon "Lostów" wydaje się lepszy niż "Poczekajka").

wtorek, 19 czerwca 2018

Analiza komentogenna #1

Okej, pamiętacie jak mówiłam, że klasyczna Mary Sue mi nie przeszkadza? Wiedźcie, że istnieje coś takiego jak wyjątek potwierdzający regułę. Razem z moją partner in crime znalazłyśmy coś co kwalifikuje się na blog "Paskudy komentują". I nawet im to wysłałyśmy, ale pomyślałyśmy, że same też mogłybyśmy spróbować.
Więc po otrzymaniu Złogosławieństwa od pani Szyszki spaskudziłyśmy i pokazujemy co z tego wyszło. I przepraszamy za dziwaczny wygląd notki, ale robiłyśmy to wszystko w Google Documents (przydatne w projektach grupowych) i przy przenoszeniu wyszło jak widać. Zastanawiamy się czy nie założyć na to osobnego bloga. Może jeśli ludziom się spodoba... ten "anal". Ale na razie paskudztwo jest tutaj. Enjoy.
P.S. Jeśli ktoś chce się nas czepiać, czy grozić sądem to informujemy, że a) jesteśmy z Sil nowe w tej branży, b) to nie plagiat. Obowiązują tu takie same zasady jak tutaj.

Źródło: https://czkawkaastridszczerbatekelsajack.blogspot.com

Autorka: Klaudia NFforever

Analizują:  Janka Hobbita i Silver Dagger



Wstęp
Hej, jestem Klaudia. Blog, a raczej pamiętnik, opowiada o niezwykłej dziewczynie- Isabell, która w życiu zyskała wszystko, co chciałabym mieć ja. Właściwie jest to moja historia ubarwiona fikcją literacką. Będę wdzięczna za wszystkie komentarze. Miłego czytania!
Dobra. Trochę się bojam…
Janko… Gdzieś my wylądowały? o.O
Winę za nasze położenie biorę na siebie.


Rozdział 1

Zapłakana Isabell siedziała na swoim łóżku. Obok siedziała starsza kobieta o brązowych włosach zaplecionych w warkocz, który sięgał jej do ramion. Przytulały się, starsza pocieszała Isabell mówiąc do niej "córeczko".To była matka dziewczyny (gdyby tego nie napisała nigdy bym się nie zorientowała, że to jej matka… A ty, Janko?) (Nigdy, Sil, nigdy). Widać było po ich wyrazie twarzy, że coś się stało. Coś przykrego, lecz tylko młodsza płakała, to ona była pokrzywdzona. (kontynuujemy pisanie rzeczy oczywistych, bo przecież czytelnik to mało rozumna istota) (I jeszcze mu schematy i obrazki trza dać, bo w życiu nie ogarnie)

-Mamo, powiedz mi. Tylko szczerze. Przeszłam już dużo, czy Bóg ma dla mnie jakieś niespodzianki?-Isabell próbowała powstrzymać płacz.
Gdybym dostawała złotówkę za każdym razem jak ktoś wyjeżdża z takim tekstem, to by mnie było stać na kupno mieszkania w Slender Bender w Berlinie i jeszcze by tyle zostało, żeby przez rok mieć w nosie poszukiwanie pracy.
-Posłuchaj, wiesz kogo Bóg kocha najbardziej? Tych, kórym zadaje najwięcej cierpienia na ziemi. Poza tym myślę, że już niedługo spotka cię coś radosnego.-odpowiedziała mama. Filozofia życiowa z dupy strony- check! Czyli ją kocha najbardziej…. bo już TYLE przeżyła
-Ale dlaczego ona to zrobiła?-Próbowała zmienić temat dziewczyna, bo gdy mama zaczyna gadać o Bogu robiło jej się przykro i na pewno wybuchnęłaby kolejnym napadem płaczu.
Dziecko, to ty zaczęłaś gadać o Bogu, tak nieśmiało przypominam.
W końcu była wrażliwa.(nie wątpię)-Jak mogła tak mnie potraktować? Przyjaźniłam się z nią od przedszkola, a teraz tak mnie traktuje. (powtórzenie, because why the hell not)
-No dobra Is. Nie możesz się załamywać. Wiesz co...-odpowiedziała kobieta i podeszła do półki.-...gdy byłam w twoim wieku, też nie za bardzo mi się w życiu układało. Wiesz co zrobiłam? Zaczęłam pisać pamiętnik. (zaczyna się -_-) (wina?)
-Pamiętnik?-Is zaczęła się interesować. Właśnie ujrzałam najgłupszą metodę skracania imienia Isabell. Jak to brzmi po angielsku? Is is…?
-Tak, pamiętnik. Już dawno go wyrzuciłam, ale ty możesz zacząć pisać swój. Obiecuję, że nie będę zaglądała do niego. Obie wiemy, że są takie sprawy, o których gadałaś z Gabryielą (Sil, czujesz to? Gabrrrryiellllaaa)(to wstęp do wzruszającej ballady),a ze mną nie. Skoro już się nie kolegujecie zacznij mówić wszystko pamiętnikowi.- powiedziała starsza kobieta podając dziewczynie różowy zeszyt z rybą na okładce.Wychodząc dodała-Acha i jeśli chcesz nie musisz iść jutro do szkoły. Chyba potrzebujesz odpoczynku. (Sorki Słonko, skoro nie masz innych znajomych to pisz w pamiętniku) (super metoda, dziecko pokłóciło się z innym dzieckiem, to nie musi iść do szkoły, rewelacja. Jakbym wiedziała to bym się non stop z ludźmi kłóciła)
-Dzięki mamo-powiedziała córka-Pamiętnik...-podeszła do stolika po ołówek.-Niech ci będzie, mamo.- i ocierając łzy zaczęła pisać...
Kartka z pamiętnika:
"No dobra. Witaj pamiętniku! Ok, nie będę się wygłupiać, po prostu napiszę to, co czuję. Dziś poniedziałek i jak na początek tygodnia przystało ja już zaliczyłam łzy tygodnia. Więc tak z Gabryielą przyjaźnię, a raczej przyjaźniłam się, od przedszkola. Od przedszkola...Taaa...A naszą przyjaźń zakończyło głupie gimnazjum. Wiesz, kiedy przyszłam do nowej szkoły, niby wszytko
Wszytko źle! (*.* ojejku… dziecko pokłóciło się z innym dzieckiem)
wszytko było ok, ale teraz, kiedy jest już prawie koniec roku... PO PROSTU MNIE OLEWA!!! No powiedziałam to. WOW mama miał rację, to pomaga. No bo, kiedy ona zaprzyjaźnia się z całą szkołą, a ja zakolegowuję się z jedną, jedyną osobą, to co? Ona oświadcza mi, że to właśnie ta osoba jest jej najlepszą przyjaciółką. (to zdanie nie ma sensu) A mnie zostawia na korytarzu i sobie ucieka do sklepu z "nową naj". (Zbrodnia, Gabryiela ma innych znajomych!) Ale wiesz teraz mam ciebie i myślę, że wszystko ułoży
                                                       IS." (tak, bo lepiej zaprzyjaźnić się z pozszywanymi kawałkami papieru niż prawdziwymi ludźmi, którzy jak mi się zdaje również chodzą do szkoły…. chyba, że to szkoła bez ludzi) Pewnie same boty tam chodzą.



Rozdział 2

Isabell wstała z siedzenia i położyła pamiętnik na półce. Potem podeszła do laptopa. Co robiła? To co zwylke sprawiało jej radość po ciężkim dniu-oglądała oczy (o.O każdy ma swój fetysz).Ale dla niej nie były to zwykłe oczy. Mówiła o nic(zym), że są to najpiękniejsze oczy na świecie, że nigdy nie znajdzie nawet odrobinę podobnych do nich. Dla innych były po prostu dziecinne, lecz dla niej były tajemnicze, sięgające jej w głąb duszy. Ustawione były na tapecie jej koputera (trzymajcie mnie, bo nie ręczę za siebie -_-), wię zawsze na nią spoglądały. Były to oczy  najwierniejszego przyjaciela na świecie (o…. jakiś piesio?) , a w tym najwspanialszego smoka- Szczerbatka (jednak nie piesio). Popatrzyła wjego oczy i wszystko, wszystko zniknęło. Poczuła się bezpieczna i szczęśliwa.

Bezpieczna? Kuźwa, właśnie rzeczywistość wokół ciebie zniknęła!
    Gdy otrząsnęła się z tego transu pierwszą stroną na którą weszła była strona ze zdjęciami Jacka Frosta i Elsy z Arendelle (nie ma zdjęć Frosta i Elsy, są tylko obrazki/fanarty!). Ich również podziwiała. Następnie pooglądała jeszcze zdjęcia Astird i Czkawki. Jej marzeniem było, aby móc kiedykolwiek się z nimi spokać.
O matko XD
Zdjęcia? Nie dość, że kumpluje się z pamiętnikiem to zakochuje się w postaciach z bajek… Czy tam nie ma prawdziwych ludzi? Ni ma, ni ma.

Nawet w snach. Jednak wiedziała, że były to tylko bajki.
Możemy mówić o jakimś postępie. Przyznała się… to pierwszy stopień do wyleczenia. Ale nie liczmy na wiele.
Posiedziała tak jeszczę z godzinę, następnie poszła do łazienki, delikatnie opłukała twarz, ubrała piżamę i poszła do swojego pokoju (Coś podejrzanie zmęczona po tym oglądaniu była). Położyła się do łóżka, lecz nie mogła zasnąć (rozemocjonowana po oglądaniu “zdjęć” - przypadek? nie sądzę). (ekspertem nie jestem, ale z tym się chyba idzie do psychologa)
Zamknęła oczy i cały czas próbowała, ale nie mogła. (to tylko ja, czy to zdanie brzmi po prostu źle?) (co prawda z tobą jest nie najlepiej, ale w tym przypadku to raczej to zdanie XD) (coś tak czułam) Już miała zejść do kuchni po szklankę mleka, gdy nagle usłyszała głosy (z tym na pewno trzeba udać się do specjalisty) (“Nawet w świecie czarodziejów jak słyszysz głosy to niedobrze”). Na początku myślała, że to mama, ale to nie brzmiało jak ona. To brzmiało jak kilka osób. Rozmowa, którą podsłuchała wyglądała tak: (rozmowa. Wyglądała. Bożeeee… Może jeszcze umalowana była?)
-Popotrzcie jaka piękna-powiedział głos kobiecy, a potem Is poczuła, że ktoś siada na skraju łóżka i dotyka jej twarzy i włosów.- Musimy jej powiedzieć. Za dużo z tym zwlekaliśmy. (Ałtorka powinna założyć słownik neologizmów) (nie podsuwaj jej pomysłów, bo to zrobi.)
-A może poczekamy jeszcze dłużej-powiedział głos męski.
-Nie ma mowy. Popatrzcie ile przeszła, ile mamy jeszcze czekać. Rok, dwa lata!?- Powiedział jeszcze inny głos dziewczęcy. Łoł, jaka drama, jakie doświadczenie życiowe, kumpela z przedszkola już nie chcę z nią gadać! 1000+ do bycia dojrzałym. Tyle już przeszła…. Mając 14/15 lat można nazwać ją już doświadczoną kobietą. W dalszej części tego opka twierdzi, że ma 16 lat. Young Adult Novel, normalnie.
-Dokładnie. No obudzcie ją.- Powiedział jeszcze inny głos męski. Te głosy były znajome, nawet bardzo, ale nie potrafiła sobie przypomnieć do kogo należą. (Znajome głosy? Już wcześniej miała podobne objawy? Nawrót choroby?) (ojca na razie nie stwierdzono; może miał wypadek i boChaterka postradała rozum jak Alice z “Madness Returns”, a matka próbowała ją wykurować?)
-No to zrób to mądralo.- I nagle oba męskie głosy zaczęły się sprzeczać.
-Nie no, że jak mnie nazwałeś?
-Mądrala, ciągle się mądrzysz.
-Nie na błagam. (no, nie nabłagasz. Nie, serio, poziom intelektualny kłótni level gimbaza) (Wg nowej ustawy to poziom podstawówki, nie gimbazy)
-Chłopaki uspokójcie się ja to zrobię.-Odezwała się kobieta, która siedziała na łóżku.- Tylko proszę nie przestraszcie jej.
-Gdzie my...?My nigdy...No może tochę...-zaczęły się tłumaczyć pozostałe postacie.
-Dobra cisza, czas ja obudzić.-powiedział kobieta do pozostałych i odwróciła głowę w stronę dziewczyny.-Isabello wstań. (Już w jednej książce tak było…. Tylko, że ta kwestia należała do trzydziestoletniego gostka z boskimi mocami… No i on uzdrawiał kalekę.) (A potem się okazało, że jednak niepotrzebnie się fatygował)
     Is nie obawiała się, bo głos wydawał się taki spokojny. Z pewnością otworzyła oczy i osunęła się na łóżku tak, że teraz na nim siedziała. (Bo wcześniej lewitowała gdzieś w powietrzu, dlatego mogła się osunąć na łóżko) Niestety nic nie widział, bo w pokoju było bardzo ciemno (Czyżby nasza bohaterka była/był z tych niepewnych swojej płci?). Aż nagle jakby na prośbę, chmury odsłoniły księżyc, tak,  że jego światło odsłoniło twarze postacie. Isabella nigdy nie spodziewała się tego, co zobaczyła… (Można uznać mnie za czepialską, ale jak patrzę na te dwa zdanie mam mega wrażenie, że Ałtorka była nie całkiem świadoma co pisze.) (Może pisze przez sen? Coś jak lunatykowanie, tylko gorzej) (Zdecydowanie gorzej dla czytelników xd.) (Nie wiem jakie proszki na sen jej przepisali, ale niech zmienią)






Rozdział 3

Isabell siedziała jeszcze przez chwilę ja wryta.

Ja zryta. Nie tylko ty…
Kobieta, która siedziała na łóżku i trzymała ją za rękę miała jasne blond włosy, prawie takie jak śnieg (Proponuję nie sikać na śnieg, to może będzie biały, a nie blond). Były spięte w warkocza, który opadał jej na lewe ramię. Oczy miała spokojne, powieki pociągnięte filoetowym cieniem.
“Filoetowym”? Co to za kolor jest, ja się pytam? Jak wygląda pociągnięcie powieki cieniem? Wkładasz aplikator do oka i od spodu ciągniesz na powiekę? Ała...
Usta jej pomalowane były na mocno buraczkowy kolor. (A zwykłej czerwonej nie było? Trzeba się burakami malować?) (Może to jakaś hehe aluzja, symbolizm. Jak paprotka Leona Zawodowca, albo celtyckie imię wybrane ze względu na znaczenie?) Ubrana była w błekitną, połyskującą suknię. Miała około 20 lat.
  Obok niej na półce, która wisiała nad łóżkiem Is, siedział chłopak. Miał siwe włosy, ale nie był w podeszłym wieku. Wyglądał na 17- 18 lat. Ubrany był w granatową bluzę z kapturem i brązowe spodnie. Nie nosił butów. Bawił się swoją drewnianą laską, która była skręcona na górze. (Jestem spaczona… Słowa “bawił się swoją [...] laską” wywołały u mnie atak niekontrolowanego śmiechu XD) (Sil, nie tylko u ciebie. Zrobiłam badanie)
   Za łóżkiem dziewczyny stały dwie osoby- dziewczyna i chłopak. Mieli po około 15 lat.
      Dziewczyna miał blond włosy, spięte w warkocza, lecz ten opadał jej z tyłu. (A tu kolejne zdanie, którego się bojam. Janko! Ratuj!) (Ale mówisz o “spięte w warkocza”, czy o “lecz ten opadał jej z tyłu”?) (O całości Słoneczko, o całości.) Na głowie miała opaskę, z której ''wychodziła'' grzywka opadajaca na lewe oko.(To na cholerę ta opaska?) Ubrana była w niebieską bluzkę. Na ramionach miała metalowe( a przynajmniej tak się wydawało Isabelli) naramienniki (Racja, bo mogły być plastikowe i pociągnięte metaliczną farbą). Ręce miała oplecione jakimś materiałem, chyba jakimś sznurkiem. (rzemykiem?) (Ani jedno, ani drugie nie liczy się jako materiał!) Nosiła czerwoną spódniczkę z ozdobnymi czaszkami na górze i ćwiekami schdzącymi (Jak to się czyta? Sil, ty się uczysz chińskiego) (Nawet tam nie ma takich zbitek literowych -.-) ku dołowi. Na nogach miała ciemnozielone spodnie i zimowe buty.
      Chłopak miał kasztanowe włosy. Jego zielone oczy chyba najbardziej wpadały w wzrok przy tym świetle księżyca (oczy wpadają w wzrok….. nie, zostawię to bez komentarza). Ubrany był w zieloną koszulę na którą narzuconą miał brązową kamizelkę. Na nogach miał brązowe spodnie i podobnie jak dziewczyna  zimowego buta na prawej nodze. Lewej nie miał i zamiast niej miał metalową protezę.
Aha, czyli wcześniej były dwa głosy męskie, a teraz mamy dwóch chłopaków. Tu postacie mają wielkie problemy z osobowością, płcią to czemu i nie z wiekiem? Seems legit. Po raz pierwszy w tym opku.
 Elsa, Jack, Astrid i Czkawka. Wszyscy się na nią patrzyli. Spoglądali na jej blond włosy zwykle sięgajace do kolan,które teraz wydawały się jeszcze dłuższe (Roszpunka?). Wpatrywali się w jej  niebieskie oczy i małe usta. Oglądali jej cerę, delikatnie opaloną. Była zmieszana tymi wzrokami, ale nie zamierzała się odzywać pierwsza.
W sensie, że wzroki to jakiś typ mieszadeł od miksera? Czy tylko dla mnie brzmi dziwnie, jak cztery obce osoby włamują ci się do domu i patrzą jak śpisz? To opko. Tu takie rzeczy nie dziwią.
Czekała aż oni podejmą pierwszy krok.
-Isabell, wiem że jesteś teraz zaskoczona, ale mam prośbę. Wysłuchaj mnie do końca.-powiedziała Elsa. Is skinęła głową na potwierdzenie. Chciała ich wysłuchać.- Nie jesteś taką zwykłą dziewczyną. Jesteś...-Tu wszyscy przybysze wstali, a Elsa wyrecytowała- Władczynią Wszelkich Światów: Isabellą Cornelią Anną Julią Cortez. (Nie dość, że doświadczona życiowo, to jest władczynią Wszechrzeczy i ma w ch…. choinkę długie imię)-wszyscy usiedli, a królowa Arendelle dalej mówiła.-Ja jestem...
I w tym momencie Isabella przerwała to przemówienie.
-Tak wiem kim jesteś i wiem kim jesteście wy-pokazała palcem na pozostałe postacie- Ty jesteś Elsa. To Czkawka, Astrid i Jack. Ale jak wy tu... To znaczy dlaczego...To sen....No tak to sen, ale niech się nie kończy...Co tam mówiłaś?
-Skąd...-Elsa była skołowana- Skąd ty to wiesz. To znaczy jesteś...-tu znowu wszyscy wstali-Władczynią Wszelkich Światów: (Mary Sue!) Isabellą Cornelią Anną Julią Cortez… (byłam blisko)- i usiedli… (W zdrowym ciele, zdrowy duch - przysiady to akurat niezła rozgrzewka, ale żeby tak w środku rozmowy?) (No, ja czasem na wuefie gadałam z resztą klasy podczas rozgrzewki) -więc wiesz wszystko, ale według tradycji nasze imiona powinniśmy ci przedstawić. Skąd więc ty je znasz?
-Jak to skąd? Przecież wy jesteście bohaterami moich ulubionych bajek i kreskówek. Przecież wy jesteście moimi idolami...-opuściła wzrok, by ukryć zarumienienie-...moim życiem. (No tak, brak innych ludzi w twoim świecie sprawia, że kreskówki stają się twoim życiem) (Jestem skłonna się założyć o *sprawdza portfel* każdą kwotę nie przekraczającą limitu pięciu groszy, że psychiatra zdiagnozował by ją jako Otaku. Co by też tłumaczyło to dziwne zmęczenie po oglądaniu “zdjęć”) (Janko, nie przeginaj, jestem Otaku, ale jeszcze nigdy nie byłam tak “zmęczona”, nawet po przeczytaniu mangi ciężkiego kalibru.)  (Sorry, sorry, chyba poszerzyli definicję Otaku dodając do tego samego worka zboczeńców, a ja to łyknęłam. Kajam się, Sensei) (Daijōbudesu.) (Xièxiè)
-Kreskówek?-zdziwiła się Astrid.-Co to jest? Czy to jakiś gatunek smoka?
-Nie to nie gatunek smoka. To taki...Zaraz wy naprawdę nie wiecie co to jest kreskówka?
-Nie-odpowiedzieli chórem. (o ile niewiedzę Elsy, Astrid i Czkawki rozumiem, to jednak Jack powinien wiedzieć co to jest kreskówka)
-Dlatego nie wiecie skąd znam wasze imiona...-Isabella powiedziała do siebie i odwróciła się do "idoli''- Dobra nie ważne co to jest. Więc jestem tą "Władczynią'', ale po co tu przybyliście i  co... Co mam teraz zrobić?
- Przybyliśmy tu bo jesteś wybrańcem. Raz na 10 lat rodzi się Władczyni Wszelkich Światów. (Doświadczona życiowo, władczyni wszechrzeczy, w kij długie imię i wybraniec… prawie jak Harry Potter.)
-Dlaczego nie wstaliście?- zapytała Is.
-Sam tytuł nic nie zanczy. Twoje niepełne imię też. Dopiero gdy ktoś wymawia tytuł i pełne imię, nie tylko twoje, ale też twoich poprzedników, obowiązek mówi, by wstać.
-Acha...No dobra na czym skończyliśmy.
-Posiadasz wszystkie moce i talenty, ze wszystkich światów jakie kiedykolwiek istniały. Na razie nie potrafisz ich używać, bo jeszcze nigdy nie zostały rozbudzone. Jeśli pójdziesz z nami postaramy się, o dobry rytuał rozbudzenia. (Doświadczona życiowo, władczyni wszechrzeczy, w kij długie imię, wybraniec i x-men…. Czy Ałtorka, ma kompleksy i próbuje ratować się superjedwabistym alterego?) (Ona by powiedziała, że jesteś zawistna i płytka)
-Nie tak jak co 10 lat...-powiedział cicho Jack, by zdenerwować Else. Nie chciał, by Isabell usłyszała.
-Co to znaczy?-A jednak Is usłyszała- Co to znaczy "nie tak jak co 10 lat''?
-Ups...-powiedział Jack.
-Jack jak wrócimy do domu to przysięgam, że cię zabiję!-Elsa była wściekła.
-Sorry słonko jestem nieśmiertelny, a to chyba coś znaczy nie?- Jack był tak samo krnąbrny jak zawsze. (Rzadko trafiam na opowiadanie, gdzie Jack jest wrednym chujem. Ale jeśli już… to jest przechujem) (To ma być coś al’a Bad Boy? Może Ałtorka lubi ten typ?) (
-Jesteś taki sam jak Sączysmark. Nie jesteście przypadkiem rodziną?-wtrąciła się Astrid, przez co powstała mała kłótnia między Astrid a Jack'iem. (Gimbaza Dramy ciąg dalszy)
-Spokój!-krzyknęła Elsa.-Może zajęlibyśmy się tym, po co tu przyjechaliśmy.-wszystkim było głupio, więc się uciszyli.-A więc przybyliśmy tutaj, nie tylko by powiedzieć ci, ze jesteś wybrańcem. Chcieliśmy cię prosić o pomoc.
-Mnie? O pomoc?-zdziwiła się Isabella. (Dziewczę głuche jest. Albo otrzymało supersłuch Supermana i nie może się skupić na jednym dźwięku) (Ma już tyle urody, tytułów i supermocy, że jedna wada dla równowagi musi być XD) (Zaręczam, że zaraz zniknie)
-Tak, posłuchaj.Musisz się zgodzić. Mrok coraz bardziej rośnie w siłę i już sami nie dajemy rady. Wybrańcom mówi się o tym, że zostali wybrani, dopiero, gdy  ukończą 18 lat, ale ty jesteś wyjątkowa. Już dawno przepowiednie mówiły, że narodzi się Władca, który będzie wyjątkowy. Będzie miał Świadomość Kondyrogencji. (Ano słowo KONWERGENCJA istnieje, ale KONDYROGENCJA… kolejny neologizm na użytek Ałtorki? Janko tu naprawdę potrzeba słownika.) (Sprawdziłam, to słowo pojawia się tylko i wyłącznie w tym opku. Also, kumpel z wydziału fizyki popatrzył na mnie jakby druga głowa urosła, czy inne szatany gdy go spytałam)
-Czego? (Też się zastanawiam.)
-Kondyrogencji. Będzie potrafił według uczuć i emocji dostosować się do otoczenia. Będzie znał imiona strażników. A co najważniejsze będzie posiadał Łze Pradziadów. Nasze imona znasz, więc mozliwe, że to właśnie ty. (Ta pierwsza moc to empatia? Mam! Druga to znajomość imion strażników? Mam! Łzy Pradziadów? Kiedyś doprowadziłam do łez prababcię, liczy się?) (Nie liczy, bo to prababcia, pewno miała kota i dziergała na drutach, więc nie jest tak dostojna jak pradziad, który łzę uronił nad grobem Marszałka. Czy coś) (Ale mam ⅔ z wymienionych…. też mnie wezmą za możliwość Wszechpana Wszechrzeczy z Wszechmocami?) (Obawiam się, że raczej na tego złego władcę ciemności, który jest wszechpotężny… Ale nie tak wszechpotężny jak boChaterka, więc zapewne zginie w jakiś debilny sposób. Tako rzecze Wielka Księga Epickich Scenariuszy autorstwa Ojców Holiłódu)
-Zaraz, zaraz, zaraz. Że niby ja mam tą Kondyrogencję? Albo ta łza co to jest?
-Wygląda mniej więcej tak-I Elsa swoją mocą pokazała jej wisiorek, przypominający błękitną łzę. (Łza wyglądająca jak łza. No kto by się spodziewał) (Pamiętaj, że czytelnik to durna, bezrozumna istotka.)
-O Boże!-krzyknęła Isabell tak, że spadła z łóżka i upadła z wielkim hukiem.
-Is? Is co się dzieje?-uszłyszała głos mamy i kroki.
-Mama tu idzie nie moze was zobaczyć.-szepnęła przerażona Isabell.
-Chodź z nami.-powiedziała Elsa.
-No...-Isabell staneła i zaciskając wargi powiedziała-...dobrze. (Czterech, dziwnych, nieznanych ci ludzi mówi ci, że masz super moce i każą ci iść z nimi - tak, jasne, to normalne… Idź z nimi…) (Dobór naturalny w akcji)
  W tym momencie Elsa przekręcając nadgarstek otworzyła jakąś dziurę. Był to portal. (Był to portal… Ja piernicz, jakby Spielberg, Besson czy Jackson kręcąc swoje filmy pokazywali jakąś dziurę w podłożu lub ścianie i dodawali napis na dole ekranu [“Jest to portal”] to CGI nigdy by nie powstało. A po drugie: Ała. Jak niby przekręciła sobie nadgarstek? Serio, słyszę trzask pękających mięśni i kości) (Przekręć nadgarstek, a zwichniesz rękę… Chyba, że jesteś w tym opowiadaniu to zrobisz dziurę XD) (Kiedyś upadłam i wylądowałam na nadgarstku. Skończyło się jakimś miesiącem noszenia gipsu. Znaczy urodziłam się w złym wszechświecie)


Rozdział 4

Isabell poczuła zimno, zaraz potem ciepło, upał i chłód. Tak jakby przechodziła przez pory roku. Bała się? Nie, wręcz przeciwnie była gotowa na to co się jej przyśni dalej. Nadal uważała to przeżycie za sen. Miała zamknięte oczy, ale gdy poczuła zapach trawy postanowiła je otworzyć. Spojrzała na miejsce w którym była. Widziała zachodzące słońce, ocean i piękne łąki. Przed nią stali Astrid, Czkawka, Elsa i Jack z otwartymi buziami. Wpatrywali się w nią.

-Co?-zapytała ich Is. Elsa wskazała palcem na jej strój.Włosy splecione miała w kucyka, który co chwilę był spleciony gumką, a przez który przechodził mały warkocz (Chyba nie ogarnęłam jej fryzury.). Ubrana była w zieloną koszulę, na której była czarna bluzka na ramiączkach (Errr… To nie wygląda dobrze. T-shirt na bluzce z długim rękawem to jeszcze ujdzie, ale to?). Przy ramionach  miała małe czaszki-ozdoby.W biodrach (Zdążyli jej zrobić operację i wsadzić jej coś w biodra? o.O Szybcy skubani są!) miała duży pas przypominający związane pnącza (Chyba jednak splecione, dziecko. Jeśli już uważasz, że coś częściowo zdrewniałego to dobry materiał do tworzenia odzieży). Ubraną miała również brązową spódniczkę i czarno brązowe spodnie (Pytanie do czytelników: co jest nie tak z tym zdaniem, a powinno być oczywiste dla każdego co skończył podstawówkę?). Na stopach jak Astrid i Czkawka miała zimowe buty.-Co? Ale ja nie… (Ale Ałtorka tak.)
-Widzisz? To zdolność kondyrogencji wpłynęła na twój strój. Czyli to ty nią jesteś (W sensie, że ISabell jest kondyrogencją? Sil, ratuj, nic nie kumam!) (Nie, tu chodzi o to, że to COŚ ją ubiera…. trochę jak matka.).-powiedziała Elsa, podniosła z ziemi tarczę i podała ją Is. Była brązowa z ozdobnymi liśćmi na przodzie. Liście po przekątnej miały niebieskie kwiatki.-Ty jesteś Władcą, który ma Świadomość Kondyrogencji.
 Oszołomiona dziewczyna nie wiedziała co powiedzieć. trzymała tarczę w obu rękach by jej nie opuścić. (I że nie opuszczę cię aż do śmierci.) (Spółka Budowlana ISabell: nasze dźwigi są niezawodne. Nie opuszczą tego czego nie trzeba… Kuźwa, już głupawki od tego dostaję)
-Dlaczego gdy byliśmy w twoim pokoju krzyknęłaś "O Boże!"-zaczął Czkawka i podszedł do niej.
-Elso-Isabell odwróciła się do niej- Możesz jeszcze raz pokazać mi Łzę Pradziadów?
-Oczywiście jak sobie życzysz.- powiedziała pani lodu i znów soją mocą (Mocy Soi, przybywaj!) (Nie, ona jest weganką i szuka soi.) (Pozostali weganie ukryli przed nią soję, mając nadzieję, że Is sobie pójdzie i da im spokój) wykonała replikę wisiorka.-Oto ona.
  Isabell, cały czas patrząc na łzę zaczęła wyciągać coś spod bluzki. Był to łańcuszek  z wisiorkiem.
-To jest ta Łza Pradziadów?-spytała oszołomiona dziewczyna pokazując wszystkim naszyjnik.
-Tak to jest ona!-krzyknęła Astrid i podbiegła do Władczyni. Zaczęła oglądać wisiorek, ciągnąc go i szarpiąc. Kiedy go puściła, uklękła i powiedziała.-O pani wybacz mi! (Brzmi jak opis zachowania fanki-psychopatki. A także: Ty się, kobieto, przecinkami ŻYWISZ, czy jak?!) (Biedna, chora jest na tasiemca - to potem takie tasiemce z niej wychodzą.)
-Spokojnie nic się nie stało.-Ściągnęła go z szyi i chciała go podać Astrid, lecz nagle zaczął świecić by w końcu zniknąć.-Gdzie on jest? Czy ja coś zrobiłam?
-Hej spokojnie. On nigdy nie zniknie. Kondyrogencja umieściła go we właściwym miejscu.-Powiedziała Elsa i wskazała na ucho Is.- Gdybyś miała naszyjnik przeszkadzał by ci w walce, a jako kolczyk będzie cię chronił. (I na pewno nie urwie jej ucha, jak zaczepi tym kolczykiem o jakąś gałąź, czy coś w ten deseń) (Kolczyk będzie ją chronił? To nie lepiej załatwić sobie psa obronnego? o.O) (Długo by z nią nie wytrzymał. Takie herołiny mają to do siebie, że żywią się księżycowym blaskiem i drobinkami z powietrza… Biedny zwierzak padłby z głodu)
   Isabell dotknęła ucha. Rzeczywiście tam był. Wyrwała się z dotyku (nikt na nią nie leci, więc sama się wyrywa… Biedne dziewczę, oj biedne.) i powiedziała:
-Co mam teraz zrobić? (Podobno ratować świat, ale zapisy do Avengersów chyba już się skończyły. Drużyna Pierścienia też już dawno ruszyła i chyba nawet zdążyła się wrócić) (Batman kolejnego Robina nie potrzebuje, Pingwiny z Madagaskaru też już mają komplet.) (Harry Potter ma tych swoich przydupasów…) (Voldziu raczej nie po tej stronie, tak więc musi w pojedynkę “zbawić świat”.)
-Pani...-zaczął Czkawka, lecz Władczyni mu przerwała.
-Proszę nie mówcie do mnie "pani". Mówcie do mnie Is.
-Nie możemy skracać twojego imienia pani.-Ciągnął Czkawka.
-To mówcie do mnie Isabell. Ale nie "pani'' ani '' władczyni''  dobrze? (A kto normalny zwraca się manem “Władczyni”? Nosz kurcze feler, to nawet nie brzmi.) (Chyba niektórzy dyktatorzy mają wśród licznych przydomków “Władca”... Nie czekaj! Bogowie. To o bogach tak mówią. Władca piorunów, władczyni dzikich bestii itd. Przypadek? Nie sądzę) (W sumie jest już taka super, że można jej i rolę bogini przypisać.) (To o ile obstawiamy, że pod koniec będzie jakąś niebiańską nieśmiertelną istotą? Kuźwa, bogini o imieniu Is?!) (Mam chyba za małą, człowieczą wyobraźnię do tego… Stawiam 5 złotych, że jeszcze przed końcem opo. otrzyma tytuł Wszechpani Wszechrzeczy z Wszechmocami, z którą sam Bóg umawia się na spotaknie z tygodniowym wyprzedzeniem.) (Kochana, Bóg będzie jej lokajem, a Maryja kiecki jej będzie cerować. Taka Is będzie zajebista i wszechpotężna)
-Oczywiście. Więc od teraz zaczniemy rytuał rozbudzania. Najpierw pójdziesz z Astrid i nauczysz się walki, potem przyjdziesz do mnie.
-A czego ty mnie nauczysz?
-Tego co mogę cię nauczyć. (Jak filozoficznie.) A teraz idź już idź. Acha i gdy skończymy musimy wstawić się u wodza (Czyli co, u wodza na blogu wstawią swoje zdjątko?) (Wstawić, znaczy melanż będzie).
      Is poczuła nagle jak ktoś łapie ją za rękę i ciągnie w dół Berk. O tej porze, kiedy zachodziło słońce, wyglądało tak prawdziwie (Cóż, jeśli słońce wygląda nieprawdziwie, to pewnie jest to Matrix… Co by nawet dużo tłumaczyło). Prawie czuła jak słońce dotyka jej twarzy, kiedy biegła z Astrid. Wdychała zapach trawy i morza. Wyczuwała delikatną nutkę zapachu ryb.
Dziewczę w życiu nad morzem ani w porcie nie było. Zapach ryby to nigdy nie jest “delikatna nutka”, tylko prawie broń chemiczna! (Daj jej pomarzyć.) (Nie)
Ani się nie obejrzała, a znalazła się w lesie. Pustym lesie (Pusty las? Znaczy drzewa już wszystkie ścięte?) (Znaczy martwy). Była tam tylko ona, Astrid i Elsa, do której Isabell czuła ogromne poszanowanie. Na drzewach były wyraźne ślady po jakiejś broni. Już wiedziała, że to miejsce, do którego przychodziła Astrid by się odstresować.
-Więc tak: rutuał (That thing just gave me cancer) rozbudzania nie boli, ale zostaje już na zawsze w sercu i ciele (Czy tylko ja czuję grozę bijącą od tego tekstu?!).-powiedziała Elsa.- Astrid teraz twoja kolej. (Parowa) (Zbyt dużo tekstu do zapamiętania, więc się podzieliły.)
-Nareszcie. Więc nauczę cię… (Ortografii i gramatyki) (Za późno na to.)
   ...I Astrid zaczęła wszystko tłumaczyć. Jak trzymać tarczę, miecz topór. Jak się nią posługiwać. Jak robić fikołki (Na w-f panna nie chodziła?) i jak unikać ciosów. Okazało się, że najlepiej radzi sobie z mieczem potem z włócznią, a najgorzej z toporem. Nagle poczuła, że jej lewa ręka swędzi, a nawet boli (Jak się ma egzemę, to się nie drapie. Było nie drapać, teraz by nie bolało). Odkryła je i mimo ciemności zobaczyła, że coś tam się pojawia. (Twój rak jest zaraźliwy Janko… paczaj biedną, doświadczoną życiowo boChaterkę zaraziłaś.) (Skąd ta ciemność, ja się pytam?)
-Co to?-spytała ze strachem w głosie.
-To znak, że rytuał został prawidłowo wykonany. (LUDZIE, CUD!!! Przecinek na właściwym miejscu!) Zostałaś naznaczona.-powiedziała Elsa.- Teraz po nabyciu talentu pojawi się kolejny znak.
  Pomału na jej ręce nad nadgarstkiem zaczął pojawiać się miecz, owinięty włócznią (Jeśli włócznia owinęła miecz… nie jest już włócznią, a jakąś lianą, bądź liną… albo wężem.) (Nie widzę tego. Ani miecza owiniętego drzewcem włóczni, ani tego, że sterczą jej z nadgarstka) na tle jej tarczy.
Uśmiechnęła się do Astrid, by podziękować za nową umiejętność.
-No to teraz do idziemy do Czkawki.- stwierdziła Astrid.
-Nie, wy idziecie do Czkawki. Ja muszę wracać do mojego królestwa. Do zobaczenie jutro.-pożegnała się Elsa i takim samym ruchem nadgarstka (Znowu skręcają sobie nadgarstki… Masochiści, czy jak?) (Jak Wolverine normalnie. Coś sobie złamie i to się szybko leczy) jak w pokoju otworzyła portal i do niego weszła.
- No to same idziemy do Czkawki-powiedziała Astrid i razem ruszyły do Akademii. Tam czekał już na nich chłopak. (Jeszcze raz zobaczę “idziemy do Czkawki”, to nie ręczę za siebie)
-No nareszcie jesteście.-powiedział do dziewczyn.-Szczerbek chodź!
  Isabell poczuła nagle zaskoczenie mieszane ze szczęściem. Codziennie patrzyła na oczy smoka, codziennie się w nich zatapiała (Sil, to naprawdę są jacyś masochiści! Ona się codziennie podtapiała!) (Zatapiała, kochana, zatapiałą… niewielka różnica, bo dalej czychała na swoje życia, ale jednak.) i to one pozwalały jej żyć dalej (Pozwolenie na życie? Tam też próbują przeforsować ustawę antyaborcyjną?) (I licencja na zabijanie). Tylko patrząc w nie mogła się stu procentowo uspokoić. A teraz? Teraz te oczy wpatrywały się w nią, nie ona w nie. Nareszcie mogła zobaczyć jakiej Szczerbatek jest wielkości. Is zaczęła sie czuć, jakby była w niebie. "Ten sen jest tak rzeczywisty"-pomyślała. (Dziecko, mówię poważnie, niech lekarz przepisze ci inne prochy)
 Nawet o tym nie wiedziała, że wpatruje się w smoka z uśmiechem i łzami w oczach. Szcerbatek zaczął się czuć nieswojo (Mądry smoczuś, od razu wyczuł, że coś z tą pannicą jest nie tak) (Ma gad nosa do boChaterek, to był ZŁY wzrok.) i powoli odwracał się do Czkawki. Gdy Władczyni to zauważyła wyrwała się z tego dziwnego transu i zaczęła przepraszać:
- Ja przepraszam...chodzi oto....o bo....och co dzień marzyłam o tym spotkaniu. A teraz mogę go zobaczyć naprawdę.
-Trochę (Trochę???? Srsly? Trochę?) to dziwne, no ale nic zaczynajmy. A więc na mojej dzisiejszej lekcji nauczę cię tresowania smoków (Ta… 5 min. i masz licencję tresera gadziorów.). Dlaczego wybrałem tak późną porę? A to dlatego, że prawie wszystkie smoki śpią. Dzięki temu będziesz mogła swobodnie wybrać sobie jednego z nich. A raczej to on ciebie. (I oczywiście wybierze ją ten najzajebsitszy i z wypasionymi supermocami. Wielka Księga Epickich Scenariuszy autorstwa Ojców Holiłódu, rozdział 3 [Pomagierowie i Zwierzaki], paragraf 2) (Oddam ostatnią porcję kurczaka po tajsku w zastaw, stawiając na to, że będzie to Wschechwładca wszystkich smoków.)
(Chyba była taka książka)
-Wybrać co? Ale...Przecież...-jąkała się Isabell robiła to wtedy, gdy się denerwowała (Awww, to takie urocze i tak bardzo dodaje 100+ do autentyczności postaci!) .-Zawsze marzyłam o spotkaniu ze smokiem, ale nie o tym, by mieć własnego. Poza tym skąd będę widziała, że to ten właściwy? I skąd to on będzie wiedział?
-Spokojnie będziecie wiedzieli. Więc tak będziemy cię zostawiać na końcu każdej wyspy ze smokami, a ty będziesz musiała przejść na drugą stronę. (Takim spacerkiem, spokojnie inne smoki cię nie zjedzą, bo jesteś zbyt jedwabista…) (Kokony jedwabnika generalnie są niejadalne) (A to opowiadanie dość ciężko strawne, więc się równoważy.)
-A jeśli jakiś smoczek nie będzie chciał się ze mną...zaprzyjaźnić?
-Przecież nie puścimy cię bez broni. A Astrid będzie cię obserwowała z góry. W razie potrzeby podleci po ciebie. (I na pewno zdąży, tak, tak. Sil, ja zaczynam podejrzewać, że to jest jakaś akcja-konspiracja, mająca na celu obalić boChaterską Wszechwładczynię, gdy ta jest jeszcze życiową pierdołą. Potem się powie, że to był wypadek) (Jestem skłonna, Janko, przyznać Ci rację, ponieważ z nas dwojga paranoję spiskową to masz ty. Więc coś musi być na rzeczy.) (Paranoja spiskowa, jedyne czego uczy facet od geografii w mojej gimbazie i liceum)
-Nie no serio? Może jeszcze mam sobie wskoczyć do oceanu i oswoić sobie Wrzeńca, co? (Skocz, zaoszczędzisz spiskowcom wysiłku)
-Jeśli inny ci się nie spodoba...
-Achhhh....... (Nie wzdychaj, Słonko ty moje, na czarno świecące, tak zachęcająco, bo zaraz ściągniesz wszystkich mężczyzn, ze wszystkich światów, którzy będą próbować ratować biedną Wszechpanią Wszechrzeczy.) (A na czele pędzić będą Legolas z rozwianym włosem, Jack Sparrow z busolą i Justin Bieber. Jezu, co ja mam we łbie? Czekaj, skoczę po procenty) (Mnie też możesz łaskawie poczęstować… na trzeźwo nie ogarnę.)
-Nie denerwuj się najpierw poćwiczysz ze Szczerbatkiem.-powiedział Czkawka i odwrócił się do smoka-Choć przyjacielu ona ci nic nie zrobi.-Dobra Isabello, wyciągnij do niego rękę. O tak-I Czkawka wykonał ruch jaki zapoczątkował przyjaźń jego ze smokiem. Szczerbek wiedział co robić i od razu pozwolił się dotknąć chłopakowi, co go trochę uspokoiło. Smoka, nie chłopaka. (Dobrze, że dodała… Z niepewności bym nie zasnęła.) (Głupiutcy czytelnicy też)
    Isabell zrobiła dokładnie to samo. Ze zdenerwowania, a może ze szczęścia, trzęsła jej się ręka. (I wtedy Szczerbatek ją zeżarł, zaczynając od ręki, a zadowoleni spiskowcy udali się do bazy, by rozpocząć fazę drugą swojego planu. Koniec) (A my z czystym sumieniem mogłyśmy udać się na spoczynek, gdzie czekał na nas antałek wody ognistej.) (I dwóch hobbitów) Miała zamknięte oczy, gdy nagle poczuła ciepło chropowatej, smoczej skóry. Otworzyła powoli oczy i ujrzała zadowolonego i uspokojonego smoka. Podeszła do niego ostrożnie i pogłaskała po głowie. Smok nawet się nie opierał.
-Tak chcę-powiedziała Władczyni.
-Przepraszam co?-zapytała Astrid.
-Tak, chcę mieć własnego smoka.-powiedział pewnie Is i odwróciła się do dziewczyny-I to teraz. (Wczuwa się w rolę i już wydaje rozkazy.) (Mały tyran starter pack. Niech spiskowcy się lepiej pospieszą)
  Lecieli krótko. Władczyni leciała z Czkawką na Szczerbatku. Strach ją ominął (Strach ją ominął bo sam się wystraszył.)(Wyprzedzał na przerywanej). Już nie czuła się jak przerażona nastolatka, tylko jak wolna pani. (Wolna to ona i jest, ale raczej w pomyślunku.) (Gimnazjalistka+Lot na smoku=Pani)
-No to jesteśmy na miejscu-powiedział chłopak i odstawił ją na ziemię.-Smocza wyspa. (Oryginalność normalnie bije po oczach) Tak, myślę, że coś sobie tu wybierzesz. (“A raczej ty zostaniesz wybrana. Na obiad dla rogogona, hiehie” pomyślał uradowany wiking)
  Is popatrzyła w górę i widziała jak Szczerbatek odlatuje. Potem odwróciła się w stronę wyspy i poszła w głąb niej.Na tej wyspie niestety nie znalazła smoka, ani na kolejnej, ani kolejnej. W końcu dotarli na bezludną wyspę pokrytą lasem (Wyspa, wyspy, wyspę…. kurczę feler ile można.). Isabell nie łudziła się, że coś tu znajdzie. Ale szła do przodu. Obróciła się powoli wokół własnej osi i nagle spostrzegła oczy. Oczy smoka. Oczy dzikiego smoka (Oczy, oczy, oczy…. AAAAa kumam! Fetysz!) (Oddychaj, drink melisowy już się robi, zaraz poczujesz się lepiej!). Jednak nie wyglądały na groźne. Wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Dziewczyna pamiętała, co mówił jej Czkawka. I co pokazywał. Jednak smok stał za blisko, by zrobić jakikolwiek ruch i by rozpoznać jaki to gatunek (Głodny) (Bo jak stoi za blisko to nie dobrze, bo ona jest raczej dalekowidzem.). Dlatego wpatrywali się w siebie przez kilka minut, gdy nagle smok odrobinę się cofnął i Władczyni zrozumiała, że to zmiennoskrzydły. Nie bała się (Odwaga, czy głupota?.... Dum, dum, dum, dum.). (Nadal dobór naturalny w akcji) Teraz mogła już wykonać ten ruch. Smok nie opierał się. Pozwolił się dotknąć, pogłaskać, ale gdy próbowała na niego wsiąść on odrzucił ją z rykiem (Też bym tak zrobiła. Smok nie jest głupi nie da dosiąść się boChaterce z fetyszem, no nie zgłupiał.). I waśnie wtedy podleciała Astrid.
-Isabell, co się dzieje?-zapytała. (“Czemu smok jej nie zeżarł?”)
-Chyba znalazłam swojego smoka.-odpowiedziała.-Spójrz!-pokazała na smoka, którego nie było.
-Ale tu nic nie ma.
-Jest. Smoku wyjdź proszę. Ona ci nic nie zrobi. Ja też.
  I w tym momencie pojawił się. Posłuchał jej. (Ojjj… jej moc robi się coraz silniejsza. Spiskowcom kończą się możliwości)
-Ach...! Przecież to...-nie dokończyła Astrid.
-Tak zmiennostrzydły. I on jest mój.-odpowiedziała z dumą Is. (Raczej ty jego, księżniczko. Tak to działa: smok bierze se życiową pierdołę i zżera w jakimś ustronnym miejscu)
-Chyba ona.-wtrącił się Czkawka. (Kiedy Czkawka zajrzał jej pod ogon? o.O Czy ja coś przegapiłam?)
-Ona?-spojrzała w górę i opuściła wzrok.-Nazwę cię Vansi(czyt.wanszi).
To brzmi jakby ona informowała Czkawkę jak to się wymawia. To chyba nadal dla Czytelnika-Debila.
-Ocho...twoja przyjaciółka jest ranna.Trzeba jej pomóc. (A Gabejrla tu skąd?)
-To dlatego nie pozwoliłaś mi na siebie usiąść.-powiedział Władczyni i przytuliła się do swojego smoka. (Który był zbyt sparaliżowany ze strachu, by się bronić)

Rozdział 5

 Isabell patrzyła jak Czkawka przemywa czymś rany Vansi. Miała je na grzbiecie , przedniej prawej łapie i ogonie. Rany nie przypominały pazurów, więc nie zrobił tego inny smok. Był w nich piasek i trochę trawy. (I zakażenie)

-Ja już chyba wiem co się stało.-krzyczał nadlatujący Śledzik.-O, witaj pani. Czkawka, byłem w miejscu, gdzie ją znaleźliście-i tu wskazał na spokojnego smoka.- na urwisku są ślady krwi i odbite są pazury!
-To znaczy, że spadła z urwiska? (Nie to znaczy, że tuliła się do skały, ale ta nie była przychylna jej zalotom i dała jej kosza.) -zaciekawiona Władczyni wstała i podaszła do smoka, bo zaczął sie niespokojnie szamotać.
-Dokładnie, o pani, a....-niedokończył Śledzik.
-Proszę mów do mnie Isabell, dobrze? (I mimo wszystko próbuje być normalna, ach ach!)
-Oczywiście Isabello, jak sobie życzysz. Na czym to ja...aaaa tak znalazłem to-Śledzik pokazł wszystkim kawałek jakiegoś, czerwonego....czegoś. (Elokwentnie, milordzie)- To jej skóra. Nie brał bym jej, gdyby nie było na niej kawałka jakiegoś metalu i to nie jest zwykły metal, on jest zupełnie ciepły. Cały czas.
-Jak to?
-Dotknij widzisz?
-Ale...On jest mokry i chyba...chyba coś jest na nim wyryte. Czekaj..W....I......D.....Z.....Ę.Widzę, ale kto? (To JA! WIDZĘ tragizm tego opowiadania.)
-Nie wiem, ale zaraz zabiorę się do pracy i odgadnę tę tajemnicę. Eeee...
-Spokojnie Śledziku. Oddychaj. (A kiedy przestał?)
-Ale to jest tak....ekscytujące. (Nędzna próba odwzorowania osobowości i zachowania bohatera oryginalnie pojawiającego się w filmie/serialu: check)
-Witamy cię moja droga na Berk.-I w tym momencie do Akademii wszedł Wódz.-Mogę poznać twoje imię, dziecko? (o.O Jak bardzo ma przekichane wódz, który tak protekcjonalnie potraktował naszą Wszechpanią Wszechrzeczy?) (OFF WITH HIS HEAD!)
Isabell wstała, wyprostowała się i już chciała powiedzieć, ale Czkawka ją wyprzedził i powiedział:
-Tato, oto...Władczyni Wszelkich Światów: Isabella Cornelia Anna Julia Cortez. (A wstał chociaż?)
-A...to?-wskazał na smoka, który trochę się przestraszył i podszedł do Is.
-To jest Vansi.-powiedziała dziewczyna głaszcząc po głowie smoka.-Bardzo miło mi cię poznać, Wodzu.
-Mnie też cię miło poznać, o pa....
-Isabell, proszę do mnie mówić Isabell. Mogę mieć jedną prośbę? (Od jednej się zaczyna)
-Proś o co chcesz.
-Chciałabym byś pozwolił mi porozmawiać w cztery oczy z niektórymi mieszkańcami Berk i...z tobą również. (Bawimy się w przesłuchanie? Mogę być złym gliną?) (Tylko nie zapomnij serum prawdy i czystych igieł do strzykawki)
-Oczywiście, ale może poczekasz do rana, teraz wszyscy śpią i...
-Tak, tak, pewnie, ale co mam w tym czasie robić? (No nie wiem, spać?) (Albo uczyć się na sprawdzian)
-Wróć do domu. Do świata, w którym się narodziłaś. (Już cię nie potrzebujemy, sami sobie uratujemy ten Wszechświat)
-Dobrze, nawet nie chcę wiedzieć co teraz robi mama, pewnie już zadzwoniła na policję...
-Nie, kiedy wrócisz, będzie ten sam czas, w którym z tamtąd wyszłaś.-wtrącił się Czkawka. (Wyszłaś? o.O Janko, więcej procentów potrzeba…) (Lecę po Azot)
-Więc nie minęła tam nawet sekunda?
-Nawet sekunda. (Prawa fizyki zadźgane i zakopane: check)
-No dobrze. Ale jak tam wrócę? (W “Koralinie” było tak, że główna bohaterka kładła się spać w Drugim Świecie i budziła się w swoim. Ale nie sądzę, że na Berk mieli tak silne środki nasenne, żeby powalić Is)
-Przez portal, który otworzysz Łzą, później już sama będziesz je otwierała. Po rytuale rozbudzenia, oczywiście.
-Och, za dużo tego. Mogę już iść.(Patrzaj, nawet nie pytanie tylko zdanie oznajmujące… Queen comes back)
-Oczywiście. Dotknij naszyjnika i pomyśl gdzie chcesz się znaleźć.
  Isabell zrobiła tak jak kazał jej Czkawka i po chwili otworzyła portal, a zaraz później znalazła się w pokoju. Mieli racje jej mama właśnie weszła do pokoju.
-Co się stało?-spytała.
-Nic, nic. (Tylko jakiś czterech dziwnych ludzi w kostiumach chciało się ze mną pobawić) Poprostu coś mi się śniło. Dobranoc.-odpowiedziała dziewczyna.
-Dobranoc, córeczko.
  Is położyła się do łóżka. Myślała o tym, co się wydarzyło. O Szczerbatku, Berk, Vansi... Nie potrafiła wyjaśnić tych wydarzeń. Ale jedyne co zapamiętała, to oczy pewnego smoka, z którym spotkania czekała całe życie. I z zarysem tych oczu, zasnęła. FETYSZ KONTRATAKUJE!!! JEST!!! Koniec rozdziału… Moje oczęta potrzebują wybielacza, a mózg drenażu… Ludzie, nawet studia na Stosunkach Międzynarodowych tak nie wypaczają człowieka jak to… COŚ.
To kiedy lecimy ciąg dalszy? Jak przytaszczysz kolejny antałek. Daj mi chwilę… Eerr… Czego potrzebujesz, by móc przeżyć spotkanie z Lokim? Bo w którymś rozdziale się pojawia. o.O Aż tak ciężki kaliber? Leć do Petrovej po spiryt ze Skrzyżowania. Tajest, prze pani! *leci*
Ciąg dalszy wkrótce. Jeśli jesteście zainteresowani.